niedziela, 25 grudnia 2011

Przedwigilijny fooding

Na tydzień przed Wigilią wzięłam udział w tzw. foodingu, czyli po naszemu spotkaniu, na którym wspólnie z ze znajomymi gotowaliśmy, a potem konsumowaliśmy, co się udało przygotować. Moim zadaniem przed kolacją był zakup win. W planowanym menu miały się znaleźć : sałatka z owocami morza na chińskim makaronie, bliny z kwaśną śmietaną, łososiem i limonką oraz kurczak w maśle orzechowym.

Mój wybór : sałatka Viura El Coto Blanco 2010, bliny – Crémant d’Alsace Domaine Saint Remy, kurczak – Estampa Reserve 2009

Zapowiadało się na długi wieczór, chciałam, żeby aperitif pobudził zmysły, zachwycił kubki smakowe i zainspirował do gotowania. W końcu Francuzi mają do zaoferowania dużo więcej niż bąbelki à la Bollinger, Moet, Taittinger itd., kuszą nas tzw. crémants  a wśród nich crémant d’alsace.

CREMANT  D’ALSACE  DOMAINE  SAINT  REMY
Kraj : Francja, AOC Alsace

Po wlaniu crémant do kieliszka zapieniło się (wino było wcześniej transportowane z Mokotowa na daleką Wolę, mogło to mieć wpływ na ten piankowy efekt), po chwili można już było spokojnie obserwować bąbelki. Uwalniały się długo i dostojnie.

Nos: W nosie nie było zaskoczenia. Orzeźwiające aromaty cytrusów, jabłka i gruszki oraz aromaty kwiatowe – tego się spodziewałam i to dostałam. Szczerze mówiąc, to tak naprawdę lubię być zaskakiwana, więc tutaj byłam trochę zawiedziona, ale postanowiłam dać mu szansę.

Usta: Na języku było już dużo lepiej. Pierwsze wrażenie? Ono jest faktycznie kremowe! Skojarzyło mi się nawet z balsamem, który zmysłowo oplótł mój język i chyba oplótł do tego stopnia, żeby stałam się jego niewolnikiem (na pewno pojawi się przed kolacją sylwestrową). Crémant d’Alsace było kwasowe, miało jednak trochę cukru resztkowego, więc nie szczypało, urzekało swą łagodnością. Piło się naprawdę przyjemnie. Bąbelki długo się utrzymywały i łaskotały przypominając o swojej obecności.

Szkoda tylko, że butelka tak szybko się skończyła. Poza tym skończyła się na tyle szybko, że bliny nie doczekały się wina musującego. Ale w końcu w przypadku jedzenia i picia wina, nie można trzymać się sztywno ram na dodatek narzuconych przez nas samych…
Dodam jeszcze, że miły czas z tym winem kosztuje 69 zł. Za tę cenę kupimy cavę reserve i prosecco na dobrym poziomie. Od nas już tylko zależy jakie mamy oczekiwania i do czego, albo bez czego je pijemy. Crémant d’Alsace samo czy z blinami jest warte swojej ceny.

Pozytywnym zaskoczeniem było hiszpańskie wydanie Viury pod etykietą El Coto, które udowodniło, że na ziemiach Riojy mogą się odnaleźć nie tylko szczepy czerwone, lecz także białe.  

El Coto można dostać w delikatesach Bomi, a także w sklepach specjalistycznych typu La Passion du vin. Do kupna tego wina zachęcam nie tylko ze względu na szeroką dostępność, ale również na znakomitą relację jakości do ceny (28-33 zł).

EL COTO BLANCO 2010
Kraj : Hiszpania, Rioja
Szczepy : 100% Viura

Nos :  dojrzale jabłka i cytrusy, melon; bardzo intensywne aromaty, może się od nich zakręcić w głowie!

Usta : jabłkowo-melonowe; zaskakująco gęste, dobrze zbudowane;  niestety krótkie, finisz mało zaznaczony, przez co wino jest nieco nierówne; podbija bowiem nos wyraźnym aromatem a w ustach zbyt szybko znika; ale przy takiej cenie i biorąc pod uwagę fakt, że wino produkowane jest na szeroką skalę, cudów nie powinniśmy się spodziewać.

El Coto piliśmy do sałatki morskiej, której skład prezentuję poniżej :

Biały makaron chiński
2 opak. krewetek koktajlowych
2 opak. paluszków krabowych
2 mniejsze zielone ogórki

Pęczek koperku

Sos : Jogurt naturalny, łyżka majonezu

Sól, pieprz



Przygotowanie sałatki jest dziecinnie proste. Wszystko pokroić i wymieszać, a makaron przygotować wg wskazówek na opakowaniu. Jest ona bardzo delikatna i tchnie morską świeżością.

El Coto całkiem nieźle wypadło w połączeniu z sałatką. Myślę, że to wino jest stworzone do picia na co dzień, a jeśli na co dzień serwujemy  owoce morza po polsku to tym lepiej!

ESTAMPA  RESERVA 2009
Kraj : Chile, Colchagua Valley
Szczepy : Viognier, Chardonnay, Sauvignon Blanc

Z ostatnim winem było najtrudniej, ponieważ nie znałam szczegółu przepisu (przypomnę tylko, że mówię o kurczaku w maśle orzechowym). Przypuszczałam tylko, że znajdzie się tam papryka / chili (?), że sos będzie śmietanowo-maślany, czyli ciężki! Celowałam w kuchnię orientalną, a konkretnie tajską. Wiedziałam, że mój wybór mógł być strzałem w dziesiątkę, albo totalną porażką. Hmmm  w ostatniej chwili współkuchcik zmienił koncepcję… Na stole ostatecznie pojawił się kurczak w sosie śmietanowych z cukinią i kolendrą.
Sama Estampa ze swoim genialnym kupażem jest eksplozją aromatów i smaków!

Nos : owoce, owoce, owoce! Papaja, melon, ananas – nasycone słońcem owoce, dojrzałe, intensywne, soczyste; w nosie nie ma jednak tylko owoców, żywo przebijały się aromaty kwiatowe – jaśmin  ( jak mniemam wynikający  z obecności viognier )
Usta : Owocowe, które z czasem ewoluowały, ustępując orzechom, wanilii i karmelowi;  Finisz ? To wino czuje się na ustach na długo po degustacji!  Mi przypominały o sobie przede wszystkim nuty waniliowe i orzechowe.

 
Połączenie kolendra – Estampa  było do przyjęcia, chociaż, gdybym wiedziała, że kurczak zostanie w końcu podany w ten sposób, wybrałabym coś co podkreśla świeżość i cytrusowy charakter kolendry czyli czymś równie cytrusowym i chyba nie tak ciężkim. Spotkanie kurczak z cukinią i kolendrą w sosie śmietanowym z Estampą przypominało mi bardziej konfrontację – kto kogo zdominuje. Obawiam się, że było 1:0 dla Estampy.

Nie dowiedziałam się więc, czy mój pomysł mariażu masła orzechowego z Estampą był trafiony. Może jeszcze się przekonam! Na pewno nie wcześniej niż w styczniu. Następny kulinarno-winny post będzie oczywiście o Wigilijnej kolacji. Już niedługo…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz